czwartek, 26 lipca 2012

Odc. 20




20.
Duży zielony budynek, o spadzistym dachu stał pośród mnóstwa potężnych starych lip. Stałam wpatrując się w niego jak oniemiała na przemian szarpana różnym uczuciami, od ulgi aż po skrajny gniew. Nic nie było w stanie załagodzić dźgającego mnie od wewnątrz bólu, poczucia zdrady i opuszczenia. zakratowane okna i wydobywające się ze środka jęki skutecznie namawiały do ucieczki i gdyby nie trzymające mnie za rękę silne ramie, już dawno by mnie tu nie było. Miarowo przestępowałam z nogi na nogę szukając drogi ucieczki, ale żadna się nie pojawiała. Tylko jeden głos w mojej głowie szeptał "to dla twojego dobra", chociaż może mówił to ktoś na jawie. Ostatnio urywał mi się kontakt z rzeczywistością, kontury świata się zamazywały, codzienność stawała się szarą nic nie znaczącą plamą, której mimo wszystko nie da się usunąć.
  Już dwa razy próbowałam. Zmęczona rzeczywistością i przytłoczona uczuciami, już dwa razy chciałam uciec. Raz w Holmes Chapel, drugi raz w drodze do Londynu, do którego w końcu trafiłam. Tylko nie w takich okolicznościach na jakie liczyłam. Niestety obie moje próby nie przyniosły większych efektów niż kilku godzinna ucieczka, za którą teraz miałam gorzko płacić.
Nie godziłam się na to, ale natarczywy głos w końcu mnie przekonał, że to dla mojego dobra. Dla samej siebie miałam zostać sama w obcym miejscu i próbować zapomnieć o osiemnastu latach z mojego życia. Nie, właściwie tylko o ostatnim roku, Tak jakby nic się nie zdarzyło. Miałam przełamać rodzący się we mnie obłęd i tą palącą chęć ucieczki do miejsca względnego zapomnienia i szczęśliwości. Powrócić do świata, który zamieszkiwali moi rodzice, brat, Marie, Mark.. Wszyscy. To miał być nowy początek starego życia.
 - Podoba ci się tu?- usłyszałam słowa mojego ojca, Waldka.
 - Co ma mi się podobać?- odparłam sarkastycznie, pocierając swoje pokaleczone nadgarstki. Ojciec się już nic nie odezwał.
Poczułam na ramieniu delikatny, kobiecy dotyk. Nie musiałam się obracać by wiedzieć, że to moja mama, chce być dla mnie oparciem, którego nie potrzebowałam.
  Moja matka chyba najgorzej przeżyła moją próbę zniknięcia. Gdy tylko wylądowała w Londynie rzuciła się na mnie oglądając mnie ze wszystkich stron, czy na pewno nic mi nie jest. Po moich zapewnieniach, a raczej zapewnieniach mojego ojca,  że wszytko jest już w porządku doszła do siebie, ale nie spuszczała mnie nawet na chwilę z oczu. Chodziła nawet ze mną do łazienki. Ojciec wytłumaczył jej wszytko i opowiedział o mojej drugiej przygodzie, w drodze do Londynu, przez co moja matka odeszła od zmysłów prawie tak samo jak ja. Byłam wtedy całkowicie nieobecna duchem co przekonało ich tylko do słuszności swojej decyzji względem mojej osoby. Nie miałam siły protestować. Już i tak zabrano mi wszystko. Teraz stałam w jakiejś małej miejscowości w Kanadzie i najbardziej na świecie chciałam zniknąć. Co takiego strasznego zrobiłam, żeby wywozić mnie aż do Kanady?
 - Chodźmy. - usłyszałam ponownie głos ojca. Niechętnie ruszyłam z miejsca, stawiając ciężkie kroki. W końcu dotarliśmy do drzwi. I wtedy urwał mi się film. Nic nie pamiętałam z meldowania i pożegnania, ostatnie co zostało mi w pamięci to pusty pokój i białe otaczające mnie ściany. To koniec. Zostałam zamknięta w zakładzie psychiatrycznym dla mojego dobra.

  Ktoś wszedł. Nie podniosłam nawet głowy. Nie obchodziło mnie to kto i co ode mnie chce. Nie miałam siły brnąc, w jakąkolwiek rozmowę, nie miałam ochoty. To nie byłam ja, dawna ja odeszła, została tylko materialna, organiczna powłoka, wykonująca najprostsze czynności życiowe z przymusu.
 - Za co cię tu wsadzili?- zapytał ktoś. Głos był dla mnie nowy, obcy. Niechętnie podniosłam głowę i popatrzyłam prosto na niewysoką czarnowłosą dziewczynę. Przypominała trochę dużą wronę. Miała szpiczasty nos i wysunięty podbródek, ale nie była brzydka. Mogła być w moim wieku, może troszkę starsza. Uniosła obie idealne brwi czekając na moją odpowiedź.
 - Dwie próby samobójcze. - powiedziałam ciężko, opieszale i niechętnie. Dziewczyna pokiwała ze zrozumieniem głową.
- Jestem Emma. - rzuciła po chwili. - Chyba będziemy w jednym pokoju. Znów na nią spojrzałam. Wydawała się niczym nie przejmować, być na tak zwanym luzie.
- Oliwia. - przedstawiłam się siadając.
 - Za co siedzisz?- zapytałam jakby więzienną gwarą.
- Sześć prób samobójczych. Raz podcięcie żył, cztery razy tabletki i raz gaz. Zawsze pechowo ktoś musiał mnie znaleźć. Ludzie to imbecyle, nigdy nie szanują twoich własnych decyzji. Oddają cię za to do psychiatryka skazując na ten horror, i samo to jest już jakbyś nie żyła. Tu nikt cię nie znajdzie, tu nie ma odwiedzin, To więzienie. Wiem coś o tym, umarłam tu już pięć lat temu.
Mocno się zaczęłam zastanawiać nad jej słowami. Czy i mnie to czekało? Trudno, mój świat i tak umarł na zawsze.

Wiedziałem, że wszystko się skończyło. Była tylko apokalipsa. Ona odeszła. Odeszła bez pożegnania, najprawdopodobniej na zawsze. Nie miałem pojęcia gdzie. Nie miałem pojęcia dlaczego. Nic mi nie przychodziło do głowy. Miałem tylko nadzieje, że będzie jej tam dobrze. Że tego chciała..
Szedłem ulicą nie zwracając uwagi na otaczający mnie tłum. To było Holmes Chapel tu i tak większość mnie znała. Zgubiłem gdzieś rozwrzeszczane fanki. Pozostał tylko ból.
Słowa same cisnęły mi się na usta.
Now that I've lost everything to you
You say you want to start something new
And it's breaking my heart you're leaving, baby I'm grieving.
But if you want to leave take good care.
Hope you have a lot of nice things to wear
But then a lot of nice things turn bad out there.

Ref.: Oh, baby, baby it's a wild world
It's hard to get by just upon a smile,
Oh, baby, baby it's a wild world
I'll always remember you like a child, girl .*


Ludzie się za mną obracali, ale ja już się tym nie przejmowałem. Śpiewałem, wylewałem swoje żale moim ulubionym sposobem z dzieciństwa. Ona odeszła. Nic mi już nie zostało. Tylko wypełniająca moje trzewia pustka. Jak miałem żyć? Kogo posłuchać? Co zrobić? Gdzie było moje miejsce? Czemu uciekło..?
Czekałem na śmierć, na wypadek, na coś co pozwoli mi odejść i wypełnić pustkę. Miałem jednak pecha. Los nie chciał bym zasilił niebieską armię.
Pociągnąłem za klamkę i wszedłem do tak bardzo kochanego domu, który teraz bardzo mi ją przypominał.. Jej śmiech wypełniał te ściany, jej zapach unosił się w powietrzu. Dusiłem się.
Gdy tylko trzasnęły drzwi podbiegł do mnie Louis.
- Harry, wszystko okey? – zapytał patrząc na mnie przenikliwie.
- Nic nie jest, kur*a okey..  Wszystko się spieprzyło.. – powiedziałem i wyminąwszy go wszedłem do salonu.
- Harry, w porządku? – padło pytanie. Nawet nie wiedziałem od kogo. Wszystkie głowy i tak były obrócone w moją stronę. Uniosłem ręce.
-  Dajcie mi święty spokój. – rzuciłem i wybiegłem. Schody pokonałem w kilka sekund,  by po chwili z głośnym trzaskiem zamknąć drzwi. Rzuciłem się na łóżko i nie miałem siły, nie chciałem nawet podnieść ręki. Moja dusza umierała, a ja nie mogłem nic na to poradzić. Zostało mi tylko znaleźć sposób, żeby to zagłuszyć.
 ***


Po pierwsze: Może odniosę się do komentarza spod ostatniego rozdziału, w którym jestem proszona o przystopowanie. Mimo, że nie rozumiem tego do końca, ponieważ akcja toczy się swoim torem, a że w ich życiu nie ma sielanki to chyba lepiej niżby miało być bajkowo. Jeśli ktoś woli bajkę to tu nie wchodzi.. Proste. Poza tym musi być źle, żeby było dobrze.; ) Ale.. Może macie racje, może trochę za bardzo się rozpędziłam, może jest tu za dużo łez.. Dlatego następny odcinek, albo jeszcze następny będzie odcinkiem specjalnym, trochę poza akcją, tłumaczącym, innym i podnoszącym nastroje, oky? Może tak być zanim wrócimy do ich fatalnej przygody? 

Po drugie: Jakie macie pomysły na dalszą akcję? Traficie w mój pomysł? Kanada.. Londyn... Depresja.. Jak oni wszyscy dadzą radę? Jak to się skończy? I co potem? Rzucą się sobie w ramiona? Hmm..

Po trzecie: Dziękuję komentującym, przeważnie starym twarzą, które mają na tyle wytrwałości by wciąż czytać moje smęty. Dziękuję, też całej reszcie. Wielki całus w waszą stronę.;**

A i zmieniłam wygląd bloga, by pasował do nastroju. ; )) Podoba wam się? Może to nie jakaś wielka zmiana, ale..

Pozdrawiam.!
~H.

I na koniec moje gg, na które zawsze możecie pisać: 43297053 ; )


wtorek, 17 lipca 2012

Odc. 19


19.

Krzaki haratały mi twarz. Moje oblicze, które było szczególnie ważne w mojej pracy. Jednak to nie miało teraz dla mnie znaczenia. Przepychałem się przez zarośnięty ogródek nie zważając na nic. Poczułem jak po policzku spływa mi cienka strużka. Dotknąłem policzka i spojrzałem na palce. Krew. Niedawno miałem okazje oglądać jej bardzo wiele.
Natychmiast odrzuciłem te myśli i wytarłem ręce o i tak już brudne spodnie. W końcu mój cel się przybliżył. Zajrzałem do środka.
W pomieszczeniu panowała ciemność. Tylko z korytarza biło światło, które w małym stopni wpuszczało do pokoju trochę blasku. Moje oczy jednak już przyzwyczaiły się do ciemności, wiec wszystko mogłem dostrzec. Kilka odsuniętych od łóżka aparatur, niewygodne łóżko i szafka na której stał wazon z kwiatami. Przekląłem w duchu swoją głupotę. Ja o niczym takim nie pomyślałem. Zresztą, i tak wszystkie sklepy już były pozamykane. Przecież nie wielu ludzi wybiera się w odwiedziny do szpitala o trzeciej nad ranem.
Na samym środku pokoju leżała ona. Tylko jedno łóżko było zajęte. Byłem pewien, że trafiłem pod odpowiedni pokój. Zawsze bym ją poznał. Chociaż leżała twarzą do drzwi jej blond włosy okalały jej głowę jak aureola. Jej drobna postać lekko unosiła kołdra. Była taka krucha. Cieszyłem się też, że Oliwia zajmowała łóżko na parterze. Miałem też szczęście, że już po odłączali od niej te wszystkie pikające urządzenia, które pomagały jej dojść do siebie.
Niepewnie, cicho zastukałem w okno. Oliwia się poruszyła, ale nie obróciła. Najwyraźniej nie spała. Może się bała? Kto normalny o tej porze puka w okna? No właśnie. Nikt normalny.

Usłyszałam jakiś stukot. Uderzenie w okno. Serce mi na chwile zamarło, ale wszystko zaraz wróciło do normalności. Przez myśl mi przemknęła śmierdząca kostucha w swoim czarnym dziurawym płaszczu. A jeżeli po mnie przyszła..? Może mogę pójść z nią..? Co jednak będzie gdy mnie drugi raz nie puści. Będzie spokój. Tylko, czy aby jestem taką egoistką, która jest w stanie opuścić rodziców i brata… Nie dla siebie, dla nich.. Przecież sprawie im tym straszny ból. A jak kostucha się nie zapyta tylko po prostu mnie porwie..?
Zaśmiałam się w duchu. Mój śmiech przypominał bardziej szalone zaciąganie się szaleńca niż chichot nastolatki. Stłumiłam te irracjonalne myśli, które ostatnio nawiedzały mnie tylko gdy zamknęłam oczy, a i czasem nawet w czasie trywialnych czynności. 
Pukanie się powtórzyło. Obróciłam głowę  i machinalnie spojrzałam w okno. Ktoś tam stał i dobijał się do szyby. Uczucie strachu i paniki ogarnęło moje ciało. Zerwałam się z łóżka i chwyciłam leżący na stoliku wazon wylewając na podłogę wodę i zrzucając kwiaty od Louisa. Przyszła po mnie.. Ta śmierdząc śmiercią dama.. Chciałam ją przyjąć z otwartymi ramionami, ale rodzice…
Postać znieruchomiała zdziwiona. Teraz dopiero mogłam zobaczyć, że osoba za oknem to niewątpliwe chłopak i to chłopak, którego znałam.  Usilnie próbował zwrócić moją uwagę i dostać się do środka. Podbiegłam w dwóch susach do okna i rozsunęłam szpitalne, cieniutkie zasłonki. Chwile mocowałam się ze starymi, zardzewiałymi uchwytami , ale w końcu udało mi się otworzyć okno. Harry bez słowa przeszedł przez parapet jakby robił to codziennie. Patrzyłam oniemiała jak chłopak, który miał mnie do końca życia nienawidzić  wchodzi o trzeciej rano do mojego szpitalnego pokoju i nie mogłam się nadziwić. W końcu się jednak otrząsnęłam i wróciłam do łóżka. Harry przymknął okno i stanął przede mną.
- Oliwa…- wyszeptał.- Ja naprawdę nie miałem pojęcia.
- Usiądź. – wskazałam mu stołek stojący koło łóżka.- I powiedz co ty tu robisz?
- Ja naprawdę nie wiedziałem..- powtórzył i napotkał moje pytające spojrzenie.- że mnie kochasz. Myślałem, że sobie ze mną igrasz. W końcu mnie nie lubiłaś. No może trochę na początku. Dopiero dzisiaj, a właściwie wczoraj słyszałem twoją kłótnie z ojcem. I wtedy przekonałem się, że ty czujesz to samo… że to wszystko moja wina,..
- Harry, Harry..- przerwałam mu. Spojrzał na mnie. – Nie obwiniaj się. To była moja decyzja. Konsekwencje moich wyborów.  Nie byłam nawet pewna czy czujesz to samo, ale nie mogłam sobie z tym poradzić. Zabrałeś mi świat..
- Ja tobie.. Ja nie mogę nawet jednej chwili oddać się innym myślom. Myślom, w których ty nie występujesz, a kiedy widziałem jak.. Myślałem, że umrę.. Wiem, uznasz to wszytko za brednie.. Jak można kochać kogoś, kogo się nawet nie lubi.. A jednak.. Zerwałem dla ciebie z Emily, a wtedy ty z Zaynem..
- I dlatego rzuciłeś w niego butelką..?
- Między innym. Byłem zły, sfrustrowany  i zazdrosny. –westchnął.
- Przepraszam, że ci nie powiedziałam jak bardzo mi na tobie zależy. Ale czy wtedy zareagował byś inaczej?
- Z pewnością nie, ale może.. Sam nie wiem. Może tak. W końcu cały czas byłem przekonany, że się mną bawisz.
- Przepraszam, znowu. Kocham cię Harry jak nigdy nikogo. Tak jak powiedziałeś.. Miłość zrodzona z  nienawiści i odrazy, ale miłość. To jaki jesteś., Twoja duma. To wszytko jest takie ujmujące. Chciałabym nigdy już cię nie opuszczać.. – chwycił mnie za rękę. Był jednocześnie rozpromieniony i zasmucony. Widziałam, że poczuł ulgę, ale z drugiej strony jego sumienie nie do końca było czyste. Bardzo mnie to smuciło, nigdy nie chciałam, żeby obwiniał się za moje decyzje.
- Nie ma ku temu zastrzeżeń. Ja cię już nie puszczę. Teraz jesteś moja. Moja, słyszysz. Kocham cię najbardziej na świecie i już nigdy nie będę ta kim palantem, żeby to spieprzyć.. Wierzę w to. Wierzę w nas i jak będę musiał to będę kłócił się z twoim tatą. – popatrzyłam się na niego uśmiechnięta. Jednak nie cała się śmiałam. Zdawałam sobie sprawę, że to puste obietnice, czcze gadanie.
- Ja też, Harry. Ja też. – powiedziałam w mrok nieprzytomna trzymając chłopaka za rękę.  Wiedziałam doskonale, że żadna z tych prognoz się nie sprawdzi. Że jesteśmy przeklęci na wieki.

Ledwie Harry wyszedł z mojego pokoju wszedł tato. Gotowy do drogi.
- Mama wylatuje za dwie godziny.. Musimy się zbierać, Oliwia. Dobrze się już czujesz?
Pokiwałam głową i bez słowa ruszyłam do łazienki by się ubrać w ciuchy na podróż. Weszłam do pierwszej lepszej kabiny i przysiadłam. Poleciały łzy.. Mnóstwo łez. Tak bardzo nie chciałam wyjeżdżać teraz kiedy znów wszystko wróciło do normy, kiedy znów robiło się dobrze, kiedy miałam widoki na przyszłość. Teraz to ja miałam wszystko i wszystkich zostawić bez słowa. Harrego.. Harrego, który jeszcze dzisiaj w nocy obiecywał mnie nie opuszczać, a wyszedł i nawet nie przypuszcza, że to było nasze ostatnie spotykanie. Że już dzisiaj mój numer zaginie w czasoprzestrzeni, a ja rozpłynę się jak bezładna materia. Mój cały świat pogrąży się w ciemności, bym mogła odrodzić się na nowo. Tylko, że ja nie chciałam. Nie ważne jak bardzo tego potrzebowałam to po prostu nie chciałam wyjeżdżać.. Nie chciałam go zostawiać..
Zebrałam się w sobie i przebrałam się. Czekała mnie długa podróż. Miałam czas więc na myślenie… Tylko czy to wytrzymam? Ten natłok myśli, obrazów, wspomnień..
Nie wytrzymałam. Na pierwszym przystanku w drodze do Londynu odcięłam się od rzeczywistości. Dosłownie i w przenośni. Moi rodzice mieli racje. Potrzebowałam pomocy..
                          
Przemknąłem z Louisem szpitalnym korytarzem. Szybko.. Chciałem ją zobaczyć  już, w tej chwili. Każda sekunda była dla mnie za  długa.. Każdy krok był tip topem. Wreszcie wpadłem zgrzany do szpitalnej Sali.
Zaścielone łóżko, pusty stolik. Zero ruchu, zero wszelkiego zapachu. Jakby to wszystko było snem i nigdy się nie zdarzyło. Zerknąłem na Louisa, który utwierdził mnie w przekonaniu, że to miało miejsce. Był równie zdziwiony jak ja. Pognałem korytarzem do recepcji/
- Gdzie mogę znaleźć Oliwie Lisiecką? – zapytałem z trudem łapiąc oddech grubej pielęgniarki. Zastukała w klawiaturę. Dla mnie i tak za wolno.
- Oliwia Lisiecka została wypisana kilka godzin temu. – usłyszałem i poczułem się jakby stojący za mną Louis z całej siły uderzył mnie w głowę. On jednak położył mi tylko dłoń na ramieniu.
-Jak to, ale to nie możliwe!- krzyknąłem. Oliwia mi nic nie wspominała, że już wychodzi.. Gdzie ją zabrali..?
- Ale zapewniam pana..
Złapałem się za głowę. Znów to samo.. Wariowałem.. Chciało mi się krzyczeć, tupać, biegać, a stałem.. Louis się nie odzywał. I dobrze i tak nie zwracałem na niego uwagi. To wszystko było jakimś pieprzonym koszmarem bez końca. Gnałem w kółko łapiąc własny ogon. Czas ze mnie drwił. Nie ważne co zrobiłem by było wszystko dobrze to i tak się musiało coś spieprzyć. Skończyły mi się pomysły. Oliwi już nie było.. I jak miałem się z tym pogodzić?  Nie mogłem. Wyciągnąłem telefon i wystukałem numer.
„Nie ma takiego numeru.”
- Fuck!- krzyknąłem.. Zacząłem dzwonić. Jeszcze raz i jeszcze jeden.. I ciągle to samo zdanie.
- Fuck! Fuck! Fuck!- cisnąłem z całej siły telefonem o ścianę. Louis stał przerażony. Pielęgniarka, która jeszcze przed chwilą stukała w klawiaturę teraz stała w pełnej gotowości. Louis coś powiedział i złapał mnie za ramię mocno ciągnąc do wyjścia. Wcisnął mi w rękę zepsuty telefon.
- Telefon się zepsuł. – szepnąłem. – To koniec.
Louis się nie odezwał tylko pogładził mnie po ramieniu. Tak niewiele, a tak dużo.
 ***

Przepraszam, że taki krótki, ale może to trochę za karę?
jestem bardzo rozczarowana, że liczba komentarzy spadła o ok. 100%. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie lepiej. Im szybciej będzie 20 komci to szybciej odcinek, jak nie to.. zobaczymy. Przepraszam za szantaż.;)
 Już wiecie, że wprowadzałam was trochę w błąd w pewnych sprawach..Ale czy we wszystkich? Co dalej będzie z Oliwią, Harrym, Gemmą?
Dziękuję wszystkim, którzy mimo wszytko byli tak mili i poświęcili tę chwilkę by skomentować.
Wiem, że ten odcinek jest słaby. Mam nadzieję, że następny będzie lepszy.; )) Stać mnie na więcej. Przynajmniej mam taką nadzieję.;))

Pozdrawiam.!
~H

PS. Chętnych zapraszam na nowy jedno-part na wspolnykierunek.blogspot.com..;))
Przypominam też o moim trzecim blogu prowadzonym z Edith: podrugiej-stronie-lustra.blogspot.com
Linki zresztą macie po prawej.; ))

Teraz będę troszkę z opóźnieniem dodawała nowe odcinki. Co tydzień najwcześniej, ponieważ pracuję nad nowym projektem, już nie związanym z 1D i nad konkursowym jedno-partem. Z góry przepraszam oczekujących.; ))

Jeżeli macie jakiekolwiek pytania dotyczące któregokolwiek z moich projektów, możecie pisać na nr gg: 43297053.. !


Trzymajcie się! ; **

niedziela, 8 lipca 2012

Odc. 18


18.
 Poczułem przeszywający ból pleców po kontakcie ze ścianą. Wiedziałem, że mi się  należy. Ojciec Oliwy był jak wielki, rozwścieczony niedźwiedź gotowy do pożarcia mnie żywcem. Słyszałem każde słowo, które padło w pokoju Oliwi i nie wiedziałem czy mam się cieszyć, czy płakać. A może jedno i drugie. Zdobyłem odpowiedź na obydwa najważniejsze pytania. Oliwia mnie niezaprzeczalnie kochała, odwzajemniała moje uczucia. Przez to rosło mi serce. Z drugiej jednak strony dopadł mnie ten najgorszy koszmar. Oliwia chciała się zabić właśnie przeze mnie. Przez moje odrzucenie, ignorancje i totalny egoizm. Czułem się winny, winny jak cholera i uważałem, że każdy cios, który padnie ze strony jej ojca, nie ważne czy słowy, czy fizyczny będzie za małą karą za moje grzechy.
Ojciec Oliwi dopadł do mnie w dwóch susach i złapał mnie za kołnierzyk koszulki. Przyparł do ściany i zaczął krzyczeć.:
- Co jej zrobiłeś, zasrańcu?! Zniszczyłeś mi dziecko, złamałeś je.!!
Widziałem, że był wściekły. Wpatrywał się we mnie ciężko dysząc, po czole spływały mu stróżki potu. Nie wiedziałem co mam mu powiedzieć. Każe słowo miało za małe znaczenie. Waldemar Lisiecki mnie puścił. Osunąłem się na ścianę obijając oba łokcie.
- Ja ją kocham. – wyszeptałem ledwie dosłyszalnie. Pan Lisiecki zaczął oddychać spazmatycznie.
- Kochasz?! Ty gówniarzu, wiesz co to jest miłość? Ja wiem… Przez miłość ludzie nie popełniają samobójstwa!
- Wiem, że wszystko schrzaniłem, ale może Oliwia.. Pan nie rozumie sytuacji…
Ojciec Oliwi nie dał mi dokończyć.
- Schrzaniłeś?! To za mało! Myślałem, że jesteś bardziej rozsądny, ale bardzo się myliłem. Jesteś tylko myśląca o sobie gwiazdą. Żyjesz w jakimś urojonym świcie i nie liczysz się z uczuciami innych..
- Panie Lisiecki.. Chyba trochę za ostro.. – wtrąciła stojąca i przyglądająca się z boku Gemma. Ręce jej drżały, głos miała cichy i niepewny.
- Nie, nie.! To bardzo łagodne słowa. Zasługuje na dużo, dużo gorsze.. A teraz posłuchaj uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzał. I nie patrz na mnie jak skończony kretyn na haju.. – zobaczyłem czubek jego dużego palca tuż przy swoim nosie. Przełknąłem głośno ślinę. – Oliwia  nie da ci szansy. Nigdy! Nie masz prawa się do niej zbliżyć nawet na dwa kroki. Nigdy więcej jej nie zobaczysz… Słyszysz..? Nawet, gdy Oliwia już dojdzie do siebie sprawię, że zapomni. Nie będzie cię pamiętać. Nigdy jej nie nachodź, nie dzwoń. Nie znajdziesz jej. Nie istniejesz.. Rozumiesz? Nie ma cię, ani tych twoich przyjaciół.. Nikogo. Nigdy się nie urodziliście. Wszyscy! Jeśli kiedykolwiek jeszcze o tobie usłyszę, jak kręcisz się obok mojej córki to zakupie nowy model siekiery i nie będę się wahał… Wierz mi, gdyby jej nie odratowali… Ty byłbyś martwy, a ja w pierdlu. Zrozumiałeś?
Skinąłem głową. Wszystko było dla mnie jakąś abstrakcją.
- Idźcie już.- powiedział jej ojciec patrząc po twarzach moich przyjaciół. Gemma się oburzyła.
- Ale jak to? Ja nic nie zrobiłam.. Pan nie może nam tego zrobić.. Oliwi.. Ona pana znienawidzi. Ona kocha Harrego, kocha nas. Mamy prawo…
- Nic nie macie. Ona nie wie co to miłość. Ktoś musi jej pokazać czym jest życie.. Nie może rozpamiętywać przeszłości. Ja wam nie będę tego tłumaczył. Do widzenia.
Gemma zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Jej krzyk powodował, że jakaś część mnie chciała rzucić się jej na ratunek. Inna znów nie mogła odnaleźć powiązań z układem nerwowym. Stałem, więc jak przytwierdzony do podłogi i patrzyłem w ścianę. Wszystko się zlewało i tylko ten krzyk brzmiał. Brzmiał jak bicie dzwonu.
- Pan nie może! Nie może.. Muszę się z nią chociaż pożegnać.. Tylko tyle! – krzyczała Gemma. Z oczu poleciały jej łzy. Zaczęła strasznie płakać. Wpadła w histerię, a mi ścisnęło się serce. Przecież nie tak miało być. Podszedł do niej Niall. Objął ją i zajął się tak jak ja powinienem to zrobić.. Ale ja nic nie mogłem. Rozpadałem się. Nie czułem nic, a jednocześnie ból był tak wielki, że z gardła wyrywał mi się niemy krzyk. Rozdzierał gardziel i rozsadzał czaszkę.
- Mogę. – odpowiedział Waldek Lisiecki. – Z kimś kto nie istnieje nie można się żegnać.
To były jego ostatnie słowa zanim zniknął w pawilonie Oliwi.
A ja stałem. Stałem, choć dłużej już nie mogłem. Mój świat runął, a ja chodziłem po zgliszczach. Do odbudowy miałem tylko swoje ręce. Ręce, które nigdy miały nie unieść posad zburzonej rzeczywistości. Zwaliłem się jak kłoda na podłogę i schowałem twarz w dłoniach. Miałem ochotę płakać, krzyczeć, walczyć, ale ani jedna łza nie popłynęła. Nie wydobył się ze mnie żaden dźwięk, a ręce odmawiały posłuszeństwa. Ogarnęła mnie beznamiętna czarna otchłań. Nic mi już nie zostało.
Ktoś mnie podniósł. Drogi do domu nie pamiętałem… Tylko krzyk siostry i czułe szeptanie. Kogoś.

Podniosłam się na łokciach, gdy ojciec wrócił. Czułam się jakby w głowę wbijano mi tysiące szpilek. Twarz miałam mokrą od spływających po niej łez. Już dawno przestałam się szarpać. Widziałam, że to nie ma sensu. I tak nie mogłam nic zdziałać.
- Gdzie Gemma?- zapytałam. Ojciec wahał się chwilę, ale spojrzał mi w oczy i głaszcząc mnie po głowie powiedział:
- Gemma poszła do domu.
- Kłamiesz. Nigdy by mnie nie zostawiła. Ona.. – zmrużyłam oczy.
- A jednak. Widocznie za bardzo ją przeceniałaś. Mówiłem ci w tym wieku nie istnieje coś takiego jak miłość i solidarność. Każdy martwi się o swój los.
- Nie prawda. Gemma by została, co jej powiedziałeś? – ciągnęłam. Nie mogłam uwierzyć, że moja przyjaciółka tak po prostu mnie tu zostawiła. Mój ojciec musiał się w to mieszać. A jeśli nie? Jeśli miał rację. Jeśli wszystko naprawdę było zbudowane tylko na podstawowych potrzebach towarzyskich. Jeśli ta cała nasza przyjaźń była tylko ułudą i Gemma naprawdę poszła się wyspać. Może byłam dla niej ciężarem i narobiłam jej tylko kłopotu, oszukałam jej brata.
Ojciec patrzył na mnie współczująco. Pogłaskał mnie po głowie i przytulił, gdy pojedyncze łzy spływały mi po policzkach.
- Nie martw się. Wszytko będzie dobrze. Wyjdziesz z tego..
Miał rację. Tylko, że ja nie tego teraz najbardziej potrzebowałam. Pragnęłam bliskości przyjaciół, Harrego… Wszystkiego co kocham. Kochałam.

- Dzwoniłem do mamy. Jutro przyleci, ale już nie tutaj. Jutro cię wypisują i jedziemy do Londynu, a tam już wiesz co dalej.. Otrzymasz fachową pomoc.
- Jak się czuje mama?- zapytałam bawiąc się jedną z rurek.
- Nie jest w najlepszym stanie. Przeżyła prawdziwy szok. Wydaje mi się, że jutro będzie jej ciężko.
- Czy muszę tam iść..?- szepnęłam..
- Oczywiście, że nie.. Nie musisz.. – odpowiedział ojciec z oddali.. Zawahałam się. Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale zabrakło mi słów. Czułam, że kłamał. A to kłamstwo było wyjątkowo ohydne. Czemu usiłował utwierdzić mnie w przekonaniu, że tak będzie lepiej? Zaczęłam się śmiać.. Zmiany nastroju mnie wręcz przytłaczały. Beznamiętny śmiech, histeryczny płacz i pustka to te odruchy występowały u mnie na przemian przez ostatnie kilka godzin. Ojciec patrzył na mnie z politowaniem.
- Idź do domu.. Do hotelu.. Wyśpij się. Mi też sen się przyda. Nie chcę żebyś sterczał nad moim łóżkiem.. – powiedziałam. Widziałam, jak mój tato nabiera powietrza by zaprotestować. – Nic sobie nie zrobię. – zapewniłam. Tato skinął głową i czule się pożegnał..
Czekała mnie samotna noc w szpitalu pośród tysiąca pikających urządzeń z toną własnych myśli, które tak cholernie bolały. Bezsenna noc, którą miałam spędzić płacząc i walcząc z demonami duszy. 

***

 Matko, to już 18. Potężna liczba.. Straszna.; )) 

Jak myślicie kto będzie walczył? Czy w ogóle ktoś będzie walczył? Ja wiem co, kto, dlaczego i nie chcę wam tego zdradzać, mogę tylko zachęcać do poznawania tej historii, jeśli tylko macie na to ochotę.
Zgadliście! Jej ojciec interweniował. Standard, normalnie, tylko jakie to będzie miało dla nich skutki. Oliwia trochę namieszała i oczywiście ma problemy ze sobą.. Czy da sobie radę, czy będzie potrzebny psycholog? A Londyn? Strach się bać tam jechać? O czym myśli jej ojciec? A może to ja was wprowadzam   w błędne myślenie..?
Zawsze możecie pytać... A przynajmniej próbować.; p
43297053 ..

Pozdrawiam!
~H.

niedziela, 1 lipca 2012

Odc. 17


17.

Biało-niebieskie ściany. Mnóstwo rurek, aparatur wydających różne dźwięki, kilka szafek i łóżek z niebieską pościelą. Wiedziałam, że tu trafie. Czy się opłacało? Jak cholera.
Spojrzałam na swoje nadgarstki. Obandażowane, czystym, białym bandażem. Ruszyłam. Zabolało. Uśmiechnęłam się sama do siebie. To było takie cudowne móc zapomnieć. Niestety nie na długo. Wspomnienia, uczucia całą swoją podwojoną mocą zalały mój umysł. Nie mogłam się na niczym konkretnym skupić, tylko ciągły hałas. Zatkałam uszy. Zabierzcie mnie od tego, zabierzcie.
Musiałam sobie wszystko uporządkować, poukładać we właściwych szufladach, ale jak? Nie chciałam tego mieć spętanego jak kłębek nici walający się po umyśle. Jak rozplątana chromatyna. Zebrałam się w sobie i wszystkie myśli wepchnęłam do jednej szafy. Zamknęłam ją na klucz. Ogarnęło mnie uczucie pustki, ale to było lepsze niż ciągły niepokój i ta paląca tęsknota.
Ktoś krzyknął, chyba moje imię. Spojrzałam w stronę drzwi. Do pokoju wpadło kilka osób. Doskonale je znałam. Wstyd palił moje blade policzki. Znów zrobiłam im kłopot moim egoizmem.
- Oliwa. – szepnęła Gemma mocno mnie przytulając. Nie ruszyłam się. Przymknęłam powieki starając się nie rozpłakać. Otworzyłam oczy drżąc, gdy nacisk na moje ciało ustąpił. Przy łóżku stali Liam, Zayn i Niall, obejmujący śmiejącą się przez łzy Gemmę. Wszyscy mieli zatroskane miny. A jego nie było. Ścisnął mi się żołądek.
- Czemu?- zapytał Zayn siadając koło mnie na łóżku. Uśmiechnęłam się blado.
- Czemu chciałaś się zabić?- powtórzył Liam.
- Nic chciałam.- odpowiedziałam słabym, chwiejącym się głosem.
- Masz rację ludzie, którzy kochają życie podcinają sobie żyły. – zadrwiła Gemma.
- Ludzie szukający świętości. Ja szukająca spokoju i ukojenia. – wyznałam. Zayn mnie przytulił.
- Oliwia, to nie był najlepszy pomysł. Nigdy więcej tego nie rób. Tak strasznie się martwiliśmy.
- Nie wszyscy. – szepnęłam. Gdyby Zayan nie był tak blisko, zapewne by nie usłyszał.
- Wszyscy.
Do szpitalnego pokoju wszedł cicho Louis. W ręku trzymał duży bukiet nasturcji. Uśmiechnął się do mnie smutno. Popatrzył na Liama, który w jednej chwili przeprosił mnie, by zaraz wyjść. Dopiero jak wychodził ujrzałam jego posiniaczony policzek i napuchnięte oko. Mogłam się tylko zastanawiać, co mu się stało.
- Żyjesz?- rzucił Louis wesoło i podał mi trzymany w dłoni bukiet. Zaśmiałam się. Tylko on mógł wnieść tu trochę słońca, atmosfera się troszkę rozluźniła.
- A co miałam umrzeć? – podniosłam obie brwi. – Nie planowałam.
- To świetnie, bo kwiaty są tańsze niż trumna.
Zaśmiałam się perliście i podniosłam ręce. Louis zrozumiał i padł mi w objęcia ze śmiechem. Ostatnie co zobaczyłam to smutny uśmiech Gemmy i iskierki tańczące w jej oczach.

Ogarnęła mnie pustka, która zwykle następuję po panice. Obojętność dla świata, liczył się tylko ten jeden punkt, a wszystkie uczucia, były nie do opisania zwykłymi słowami. Jej śmierć ciągle stawała mi przed oczami. Przechodziły mnie dreszcze, a żołądek zawinął mi się w ciasny supełek, ilekroć tylko o niej pomyślałem.. A co jeśli, jej nie odratują. Nie mogłem sobie tego nawet wyobrazić. Już teraz zimny pot spływał mi po całym ciele. Nie byłem w stanie wydobyć z siebie głosu. Łapałem się na tym, że siedzę tępo wpatrzony w jeden punkt i nawet delikatne strzępki myśli mi uciekały, a potem wirowały w bezwładnej toni. Nie byłem w stanie żadnego uchwycić.
Drżały mi ręce, co chwilę zamykałem oczy, żeby się uspokoić, ale to nic nie dawało, oprócz tego, że umierająca Oliwia stawała mi przed oczami. I to straszne, ogarniające cały mój umysł pytanie: Dlaczego? Dlaczego chciała się zabić? Tak strasznie bałem się odpowiedzi na to pytanie. Bałem się, że znam odpowiedź, że ja nią jestem., Jednocześnie nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Przecież mnie nie kochała… A może, może ja coś źle zinterpretowałem… Teraz pozostało mi się tylko zadręczać, co było tak banalnie egoistyczne i płytkie. Odpowiedź przecież i tak nie była w tej chwili ważna. Oliwia chciała się zabić, może właśnie w tej chwili jej serce wykonywało ostatnie uderzenie. Może wszyscy poszli się z nią pożegnać… Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku. Nie mogłem się zmusić nawet do płaczu.
Kucałem oparty o ścianę trzymając się rękami za głowę. Ktoś nade mną stanął. Bałem się podnieść głowę. Co zobaczę?
- Obudziła się. – usłyszałem szept Liama. – Nie chcesz…
- Nie mogę. – odparłem. Strach zniknął i mogłem w pełni świadomie popatrzeć w oczy przyjaciela.
- Ona tego potrzebuje, Harry.
- Nie mogę. Nie mogę.  Nie mogę. To wszystko przeze mnie.. Nie mogę, jej tak ranić…
Wiedziałem, że wejście tam nie będzie dla niej dobre. Byłem prawie pewien, że teraz nienawidzi mnie najbardziej na świecie, a każdy mój widok może ją skłonić do skończenia swojego dzieła. Chciałem by była szczęśliwa, ja się nie liczyłem. Nie wiedziałem po co tu w ogóle przyszedłem. Pewnie z czystego egoizmu, który zarzucał mi Liam.
- Przepraszam.- powiedziałem patrząc na jego napuchnięty policzek. Dobrze wiedziałem, że to moja wina, to ja próbując osiągnąć coś nieosiągalnego, w przypływie emocji, nie chcąc pomocy uderzyłem Liama.
- Nic się nie stało. To się zagoi, a ty obrazu nigdy nie wymażesz..- powiedział osuwając się po ścianie i siadając koło mnie.
- Nawet nie mogę sobie wyobrazić tego, jakby to była Danielle. Nie wiem, co przeżywasz, ale strasznie ci współczuję. Sam pewnie przeżywałem tego tylko namiastkę. Ale teraz już wszystko jest dobrze, możesz się z nią zobaczyć. Nie chcesz?
- Chcę. chcę, ale nie mogę jej zadawać cierpienia, ona na to nie zasługuje. Dziękuję, ci stary, że mnie ogłuszyłeś. Nie wiem, do czego mógłbym się posunąć.
- Od tego ma się przyjaciół. – powiedział Liam. Zaśmiałem się gorzko.
Pustka znów napłynęła do mojego wnętrza. Siedziałem oniemiały pod ścianą w szpitalu z wiedzą, ze za ścianą leży moja ukochana, która jeszcze kilka godzin temu chciała się zabić. Napływały obrazy, których nijak już nigdy nie będę mógł usunąć, które zagnieździły się na dobre w mojej duszy i ryły w niej głębokie kanały. Nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić, co począć, jaki wykonać następny ruch.
Na korytarzu zrobił się harmider. Ktoś biegł w naszą stronę, ale jeszcze nie byłem w stanie powiedzieć kto. Dopiero po chwili po kłótniach ze zdenerwowanym personelem zza rogu wypadł krępy mężczyzna o brązowych lekko siwych włosach i urodzie, którą już rozpoznawałem, którą poznałbym wszędzie.
Wpadł do pawilonu i zaczął głośno coś mówić, przez cienką ścianę dochodziło do mnie każde słowo…

Na ten widok serce wykonało mi fikołka, a potem zamarło. Zaczerpnęłam głęboko powietrza, by po chwili spazmatycznie oddychać. Do Sali wbiegł mój ojciec.
- Oliwia.. Coś ty zrobiła, dziecko?- zapytał przytulając mnie lekko. W jego głosie brzmiała troska. Jednak nie długo. Gdy się odsunął zgromił mnie wzrokiem, widziałam, że był na mnie zły. Oj, zły to mało powiedziane. Był wściekły.
- Dlaczego próbowałaś się zabić? Dlaczego tu właściwie jesteś? Co to ma znaczyć, do cholery?!- krzyczał. Uszy mi pękały. W moim wnętrzu wzbierała się wściekłość.
- Jak się dowiedziałeś?- zapytałam.
- Oj, nie było trudno.. Gemma zadzwoniła do Marka, bo miała do niego numer. Co ty tu robisz ja się pytam?!
- Nie pozwoliliście mi tu przyjechać, w ogóle was nie obchodziło czego ja chcę! A nie chciałam siedzieć z tobą i z twoją nową rodziną!- krzyknęłam.
- Dlatego postanowiłaś mi powiedzieć, że zostajesz w domu, i okłamać matkę, że jedziesz do mnie, a potem próbować popełnić samobójstwo na oczach przyjaciół? Przecież nasza nowa rodzina nie jest aż tak straszna.- powiedział już spokojnie mój ojciec. Gemma patrzyła na tą całą scenę naprawdę zmartwiona i zdziwiona.
- Nie jest straszna, ale nie jest nasza. Jest twoja. Mama wie?- zapytałam szeptem. Ojciec przysiadł na skraju łóżka.
- Ty jesteś  moją rodzina, więc teraz także ich. – westchnął - Nie, nie powiedziałem jej. Jeszcze. Nie chciałem, żeby się martwiła, ale będę musiał. Ona myśl, że cały ten czas byłaś u mnie.
- Wiem. Naprawdę mi przykro. Gdybym pojechała do ciebie… - zaczęłam i w tym monecie poleciały mi z oczu łzy. Ojciec mnie mocno przytulił.
- Dlaczego próbowałaś się zabić? – zapytał.
- Z miłości. – odpowiedziałam. Mój tato wstał jak rażony prądem.
-  Miłości? Co ty wiesz o miłości?! Co ci zrobił, ten piekielny gówniarz, który cię pchnął do tego czynu?!
- Harry nic nie zrobił.- wtrąciła Gemma za mnie. Była to zła odpowiedź. Ojciec zrobił się czerwony, na twarzy, tętnica szyjna zaczęła mu zdecydowanie za szybko pompować krew. Czekałam tylko na to, aż wybuchnie jak wielka bomba atomowa i zmiecie nas wszystkich z powierzchni tego jakże przytłaczającego i strasznego globu.
- I tu jest problem?! Myślałem, że twój brat jest rozsądniejszy.! – krzyknął mój ojciec. Gemma nabrała powietrza zdając sobie sprawę ze swojego błędu.
- Tato, przestań ja go kocham..
- Kochasz?- zaśmiał się szyderczo. – I dlatego chciałaś się zabić, przez nieodwzajemnioną miłość..?
- Jak ty nic nie rozumiesz.!- zarzuciłam mu wrzeszcząc.
- Ja nie rozumiem? Rozumiem dużo więcej niż ty.. Przemawia przeze mnie czterdziestoletnie doświadczenie.. Wydaje mi się, że potrzebujesz pomocy, Oliwia.
- Chcesz mnie oddać, do czubków?! – krzyknęłam szybko się podnosząc.. Zakręciło mi się w głowie.. – Harry ci nie pozwoli.. On ci nie da. Albo da..
Zaczęłam płakać. Nie wiedziałam co się dzieje. Chciałam znów popaść w ten stan otępienia.
- Widzisz co on z tobą robi! Zabiję, gówniarza.!- krzyknął i wybiegł na korytarz..
- Tato, nie.. Zabije się! Nie.! – krzyczałam. Zaczełam się szarpać mimo wpiętych w różne miejsca mojego ciała rurek, które skutecznie uniemożliwiały mi wszelkie gwałtowne ruchy.
Gemma spojrzała na mnie z paniką w oczach i wybiegła na korytarz  krzycząc:
- Proszę pana, to nie tak…
Nic nie mogłam zrobić. Bezsilność ogarnęła moje słabe ciało. Krzyk wyrywał się z moich ust i niknął w chaosie, który stworzyłam. Koło mnie pojawiła się pielęgniarka. Poczułam ukłucie i powoli zapadłam się w narastająca ciemność z imieniem na ustach.

***

No jak wam się podoba? 

Dziękuję za wszystkie komentarze pod ostatnim rozdziałem. 
;***

Proszę o wasze opinie. 

Pozdrawiam.!
~H.


PS. Szalonych wakacji życzę!! ; )